poniedziałek, 11 czerwca 2012

"kurwa" "kurwie" nierówna?!

Tak, mam problem z przeklinaniem. Problem polegający nie tylko na tym, że czasem nie do końca kontroluję ilość wypływających z moich ust wulgaryzmów, ale i z tego, że tak naprawdę nie odczuwam większej potrzeby rezygnacji z mojego specyficznego słownictwa. Studia, które skończyłam i jakaś tam porcja wiedzy o języku, powinny skutecznie przekonać mnie do nie zaśmiecania swojej mowy tzw. "kurwami". Jednak same wiadomości absolutnie mnie do tego nie przekonują. Przynajmniej w przypadku mowy. W piśmie jest nieco inaczej. Trudno, żebym nazywała siebie blogerką, bo póki co nią nie jestem i nie wiem czy kiedykolwiek będę, jednak wiele myślałam nad tym czy używać tutaj swojego codziennego języka, czy starać się pisać "grzecznie". 
Należę do tych użytkowników Facebooka, którzy często wyrażają swoje myśli poprzez statusy czy komentarze. Zauważyłam, że niejednokrotnie jeśli użyję w nich słów niecenzuralnych, zwraca mi się na to uwagę. Ci, którzy naprawdę mnie znają, wiedzą, że to być może niechlubna, ale nieodłączna część mojego dyskursu, ale to właśnie oni najczęściej komentują : "ale bez ... by się nie obyło, nie?" ;) Otóż czasem by się niestety się nie obyło i się nie obędzie, bo mój "styl", czy jest akceptowany czy nie, jest nieodłącznie związany z przeklinaniem. Wielokrotnie próbowałam się wyzbyć tego dresiarskiego nawyku, jednak czułam się zawsze jak ...wykastrowana. I nie ma to nic wspólnego z brakiem słownictwa, bo wydaje mi się, że na jego ubogość narzekać nie mogę. Być może to głupota, czy całkowita ignorancja, ale jestem święcie przekonana, że niektórych emocji czy myśli, nie potrafię wyrazić bez 'tych" słów.
Kiedy zaczęłam "pisać", wysłałam próbki swojej "twórczości" kilku zaufanym znajomym. Okazało się, że to czego im w tych tekstach brakowało, to właśnie mojego ulicznego języka. Nie chciałabym kłuć w oczy chamskim przeklinaniem, ani namawiać do pierdolenia na każdym kroku, bo ten typ kontrowersji mnie nie interesuje, ale tak jak innym, tak i mi bardzo brakowało luźnego "kurwowania"! ;) Zapowiadam więc! Jeśli ktoś jeszcze chce mnie czytać, to dalej bez kilku przekleństw się nie obędzie! Swoją drogą, chyba jest różnica kiedy "kurwa" mówi Beata Tyszkiewicz, a kiedy mówi Doda? Oj, JEST.

PS: pozdrowienia dla Wioli! :)

niedziela, 10 czerwca 2012

Stara panna! Chyba TY!

Od australopiteka wiemy, że naturalną potrzebą człowieka jest łączenie się w pary. Pomijając czysto fizyczne aspekty, które nie ukrywajmy zawsze da się jakoś załatwić, każdy z nas, wcześniej czy później, poczuje pewien lęk związany z brakiem tzw. stabilizacji. Wydaje mi się, że ważne jest tu, aby ten moment zależał od nas samych, a nie od zaściankowych teorii, według których 25letnia kobieta bez męża i dzieci, to albo stara panna, albo "lesba". W pewnych kręgach katalizatorem zmiany stanu cywilnego mają być słowa: "Ty stara dupa jesteś, czas chyba się zabrać za chłopa". [bez komentarza] Dzisiejsza moda i ideologia bardzo pomaga wytłumaczyć się lekko starawym niesparowanym (wiek, zaznaczam, jest pojęciem względnym). Na czasie jest twierdzić, że jest się "nowoczesnym singlem", "niezależnym człowiekiem", "realizującym się zawodowo KIMŚ". I oczywiście, że można być szczęśliwym, każdym z wymienionych, choć osobiście uważam, że to tylko dorabianie fajnie brzmiących pojęć, do po prostu bycia samemu. Skąd w nas ten pośpiech, presja, kompleks braku "drugiej połówki"? Czy oczekiwania społeczne są aż tak duże, że trzeba posuwać się do desperackich zachowań i poszukiwań na siłę? Chyba prościej jest powiedzieć: jestem sama, bo zupełnie nie uznaję bycia z kimś dla zasady, dla podwyższania swojej wartości w oczach innych. To przecież jedyne słuszne wytłumaczenie. Ponadto, chyba lepiej być "starą panną" niż młodą... rozwódką! ;-)

festynada.pl

Nadchodzące lato jest czasem wzmożonej aktywności festynowej. W polskiej tradycji, gdzieś od maja, co rusz organizowane są festyny, a to z okazji "Dnia Matki", "Dnia Dziecka", "Dnia Ojca" czy "Dni Pcimia". Jest coś w naszym narodzie, co sprawia, że lubimy się pląsać i bawić a atmosferze kiczu, fajerwerków i piwa. Jest to doskonała okazja do spotkań ze znajomymi, czy alternatywa od odwiedzin rodziny w niedzielne popołudnie. W większości wygląda to tak - mama w najlepszej garsonce, albo sukience, tata w garniturze (porządny chłop, od niedzieli chodzi w garniturze, wersja sportowa - spodzień na kant, koszula, buty tzw. "kwadratowce"), dzieci w najlepszych ubrankach, dziewczynki z dwiema kitkami. Brzmi to groteskowo, ale to prawda. Atrakcjami na festynach są głównie - grille, gdzie za 20 złotych można kupić gumową karkówkę i papierowe ziemniaki. Nowością są kebaby i zapiekanki, bo te specjały wbijają się już nawet na kwesty przykościelne. Popić oczywiście wypada rozcieńczonym piwem. Samochód prowadzi żona. Po "zakupach", dzieci mają już wiatraczki, gumowe pająki i pistolety na wodę, czas więc zasiąść przy drewnianych stołach biesiadnych. Tematów do rozmów nie ma zbyt wielu, więc jak nie "poniesie nas melanż", to całą atmosferę zapewne trafią niekończące się prośby dzieci o frytki, później brudne od keczupu niedzielne wdzianka, na końcu jedno piwo za dużo w wykonaniu taty. To dosyć pesymistyczny, ale częsty scenariusz festynowy. Czas jednak na gwiazdę wieczoru, niejednokrotnie czytałam o protestach - "dajcie nam w końcu gwiazdę na poziomie, a nie znowu to, co wpada w ucho gawiedzi". Moja odpowiedź brzmi - jak chcesz człowieku "gwiazdę na poziomie" to wybierz się na jam session, albo na Openera, bo miejsko-wiejskie festyny nie temu służą! Często festynową rzeczywistości komentuje się następująco - "co za wieś, tandeta, żenada i taniocha". Owszem, nie ma dyskusji, ale pogódźmy się z tym, że nie każdy ma ochotę czytać Dostojewskiego w zadymionej knajpie, płakać przy "Raz, dwa, trzy" czy zajadać się krewetkami. Festyny, dożynki czy odpusty, to część polskiej tradycji, kultury i folkloru. Dajmy więc sobie czasem pozwolenie na chamstwo, "knurzenie" i prostą rozrywkę, ale nie obniżajmy lotów  na zbyt długo. "Baśka miała fajny biust, Ania styl, a Zośka coś co lubię". Cokolwiek to znaczy.

Nie, dziękuję. Poproszę POP.

Przy okazji ostatniej wycieczki do Zakopanego, jako dorosła już osoba, przyjrzałam się instytucji jaką jest PRZEWODNIK. Zawód, który staram się uprawiać ;) (nauczyciel języka polskiego! <tak, skansen, "kto to jeszcze chce robić...?") zobowiązuje mnie do tego, żeby starać się słuchać. Trudno wymagać od młodzieży gimnazjalnej, żeby była szczerze zainteresowana tym co ma do powiedzenia około 70-letni staruszek, oprowadzający nas po Podhalu, jednak wierzę, że wszystko można robić lepiej, lub gorzej.
Każdy zawód, który polega na nauczaniu, a przewodnik do takich zawodów niewątpliwie należy, jest profesją trudną, bo zainteresowanie młodych ludzi samym SŁOWEM, graniczy dziś z cudem. Internet i wszelkiego rodzaju media, sprawiają, że dla dzieci mało jest rzeczy niedostępnych, do których zobaczenia muszą dążyć. Dlatego też, każdy kto z nimi pracuje, a praca z dziećmi jest pracą cudowną, musi zastanowić się co dla nich będzie interesujące. Prymitywnym jest myślenie, że to seks, alkohol czy narkotyki. Jest to również słaba wymówka dla tych "pedagogów", którym się nie chce. Do meritum... 
źródło: google.pl
Moja ostatnia przygoda z Przewodnikiem dała i mi do myślenia. Co JA chciałabym usłyszeć, co MNIE interesuje, jak JA bym to zrobiła? Mimo że mam bardzo małe doświadczenie w swoim zawodzie i jak każdy nauczyciel (a prawdą jest, że im młodszy, tym bardziej przekonany o swojej wyjątkowości i wiedzy <akademicki to przypadek beznadziejny>) myślę, że wiem lepiej, mam potrzebę wtrącania się, którą z trudem muszę pohamowywać. Podczas 3dniowej wycieczki zdążyliśmy zejść (nie zwiedzić) wiele miejsc, a żadna z opowiedzianych historii, nie przykuła mojej uwagi na dłużej, a nie mam ADHD. Rozumiem, że dla mieszkańców Zakopanego postaci związane z tym miejscem są ważne, jednak ich nazwiska i nagrobki, nigdy nie zostaną zapamiętane przez dzieci, skoro nawet ja myślę o tym "kiedy On w końcu skończy gadać". Jesteśmy jako ludzi głodni sensacji, plotki, afery i tragedii. Nie możemy wszyscy pochwalać bylejakości i tylko ze względu na "słuchalność" opowiadać tanich anegdot i historii, ani jako nauczyciele, ani jako przewodnicy, ALE! uprawianie "sztuki dla sztuki" nigdy nie znajdzie swoich odbiorców, chyba że wśród hipsterów czy awangardy.
Mała pigułka historii Podhala - tak i owszem, więcej - nie, dziękuję. Poproszę POP - chcę wiedzieć gdzie brał ślub Żebrowski, w którym schronisku śpi prezydent, gdzie "leży" Makuszyński, jak naprawdę było z tym Witkacym i gdzie kręcą "Szpilki na Giewoncie". Mam 26 lat, a jedyne co pamiętam z wywodu przewodnika, to liczba osób, która zginęła na Orlej Perci. Gdybym chciała wiedzieć jak nazywa się każdy, nawet najmniejszy szczycik, z pewnością nie miałabym na nogach trampek i torebki na ramieniu, bo nie tak wygląda zapalony Taternik. Jesteśmy pseudoturystami i potrzebujemy pseudowiedzy.
Zawiedziona przyjechałam do domu i przedstawiłam swoją opinię Mamie, nauczycielce z 20letnim stażem.
- "Mamcik, przecież Uczniowie nie mają pojęcia o Gąsienicach, dlaczego nie mówi się Im  o Tetmajerze, czy tak ciekawym Witkacym"? Odpowiedź Mamcika - "a myślisz, że przewodnicy coś o nich wiedzą?"...
No tak do niedawna myślałam. Nadgorliwa Stacha Bozowska.

Celebryckie Euro 2012.

Wielu sławnych (z różnych powodów) Polaków, wypowiedziało się na temat 'Euro'. Zapytani o swoje zainteresowanie futbolem, odpowiadali różnie, jednak za medianę można by uznać mniej więcej taką odpowiedź: "na co dzień nie śledzę piłki nożnej, ale przy tak wielkich imprezach, staram się zawsze kibicować i być na bieżąco". Co sprawia, że mistrzostwa, finały ligi, olimpiady, gromadzą przed telewizorami nawet tych najbardziej odpornych na sport?
Zjawisko to można porównać do stwierdzenia "jestem wierząca, ale niepraktykująca". Tutaj można by rzec : "jestem kibicująca, ale tylko przy wielkich imprezach". Rodzaj żeński w tych wypowiedziach nie jest przypadkowy. Otóż wydaje mi się, że większość uaktywniających się na ten czas nowych zainteresowanych futbolem, to kobiety. Mężczyźni z reguły są wierni sportowi i śledzą rozgrywki ligowe, mniejsze i większe rangą. Co więc jest powodem tego, że akurat na "Euro 2012" wszyscy zasiadamy przed ekranami? Pierwszy argument jest oczywisty - to impreza bez precedensu, którą organizuje Polska. Może już nigdy nie będziemy gospodarzami takiej sportowej fety, tym bardziej głupotą byłoby jej nie celebrować i się z niej nie cieszyć. To uczucie podobne do podniecenia, jakaś niezwykła adrenalina i narodowe święto, które naprawdę odczuwa się aż pod skórą. Drugi (mniej szlachetny powód) - skoro WSZYSTKICH ogarnął "piłkoszał", to dlaczego ja mam być na niego obojętna?! W końcu jest to jakiś element czerwcowo-lipcowej mody, niewiedza na temat rozgrywek, jest więc po prostu szczytem ignorancji. Trzeci, wydaje mi się najmniej godny pochwały, jednak bliski kobiecej naturze powód, to celebrycki wymiar tej imprezy. Wydaje mi się, że kiedyś wokół prywatnego życia sportowców nie było tak wielkiego szumu. Dzisiaj prawie każdy sławny, wielki sportsmen ma żonę wywodzącą się z show-biznesu, a jego największe intymne sekrety, wcześniej czy później wychodzą na światło dzienne. Wzięty sportowiec to już nie tylko atleta, idol, ale i celebryta, nierzadko model, twarz marki, ambasador, a nawet poseł - jak chociażby Witalij Kliczko.
I na "polskie Euro" przyjechało, bądź wybiera się wielu sportowców-celebrytów. Ba ,nie tylko sportowców, ale i trenerów. O dreszczyk przyprawia fakt, że na trybunach zasiądzie Jose Mourinho, na ławce trenerskiej Niemców Joachim Loew, o piłkarzach tak znanych jak Ronaldo, Pique - narzeczony Shakiry, czy Torres nie wspomnę. Również mniej, lub bardziej prawdziwe stereotypy, dotyczące animozji między Polakami, a Niemcami (porażka z Niemcami boli podwójnie), piłkarzami Barcelony, czy Realu Madryt, dodają całemu turniejowi animuszu.
Jak mówi Maja Ostaszewska, każda mądra i świadoma kobieta musi być feministką i też jestem przeciwna dyskryminacji kobiet-kibicek, jednak przy okazji "Euro", naprawdę uważam, że bardzo duża ilość z nas, zdecydowanie najbardziej zainteresowana jest znanymi twarzami i dreszczykiem emocji związanym ze słodką rywalizacją, niż prawdziwym pięknem tej dyscypliny. Taka już nasza kobieca natura.




Swoją drogą, kochane Krakowianki, podobno David Beckham, zatrzyma się właśnie w byłej stolicy ;)!



Syndrom niedzieli.

Nikt z nas nie lubi poniedziałku. Powstały na ten temat piosenki, przysłowia, a nawet filmy. Znienawidzony poniedziałek wiąże się zazwyczaj z powrotem do pracy, końcem wolnego, początkiem długiego i ciężkiego tygodnia. Wtorek, środa, czwartek to w zasadzie dni, o których w kontekście społecznym w ogóle się nie mówi, dni bez znaczenia! Z kolei piątek i sobota to WEEKEND i choćby niezaplanowany i w ogóle nieatrakcyjny, całkiem beznadziejny i nudny, to i tak zawsze osławiony i najlepszy. Nie wypada powiedzieć, że jest inaczej!
Zaraz po poniedziałku, dniem tygodnia, który zdecydowanie owiany jest legendą, jest niedziela. Pan nakazał w niedzielę wypoczywać i nasza polska mentalność pozwala nam celebrować ten dzień w sposób "niezwykły". Jednak mimo to nie jest rzadkością stwierdzenie - "jak ja nienawidzę niedzieli!". Ja również za nią nie przepadam. Przebiega zazwyczaj w dwojaki sposób, albo jest dniem zupełnego, bezradnego, wpędzającego w kompleksy NICNIEROBIENIA, albo NICNIEROBIENIA połączonego z kacem - częstym następstwem sobotnich eskapad. Jak to jest, że po pracującej sobocie (mało w którym domu jest to dzień wolny od pracy, w większości to czas porządków domowych i tzw. obowiązków gospodarczych, bo jak mieszkasz z rodzicami, to musisz się tego dnia wykazać w podzięce za przedłużający się pobyt, jak prowadzisz własne "gniazdko" tym bardziej wypada je ogarnąć) błoga niedziela tak bardzo dokucza nam swoim jestestwem?! Przecież warunki dla hedonistów są idealne: brak pracy, sprzątać też nie wolno, nie polecam nawet wywiesić prania, bo co powie sąsiad i co powie Bóg?! To dlaczego właśnie w niedzielę, tak ciężko jest sięgnąć po książkę (okej, gazetę), odwiedzić kogoś, czy cieszyć się z tego, że ktoś raczył odwiedzić nas? Nawet najbardziej sumienne osoby przyznają, że naukę, pracę odkładają zawsze na poniedziałek, bo w niedzielę, "po prostu się nie da". Mało tego, w żaden inny dzień nie odczuwa się takich wyrzutów sumienia spowodowanych lenistwem, jak w niedzielę.
Niedziela wpędza w kompleksy, ale jest jak kaftan bezpieczeństwa - kompletnie zapobiega działaniom. Czyja  więc to wina?! Trudno szukać odpowiedzi, jedno jest jednak pewne - "Istniejemy tylko w tym, co robimy", a  skoro nie robimy nic, to po prostu nas nie ma. Nawet po niedzieli.